Zabieganie i warstwy ludzkiego serca

1 Stycznia 2026


Zdjęcie zabiegania i warstw ludzkiego serca

W dzisiejszym świecie jesteśmy często zabiegani. Ale dlaczego w ogóle? Biegniemy jak najszybciej, jak najdalej, czasami nawet dalej niż granice zdrowego rozumu nam na to pozwalają. I możemy mieć przez to uszczerbek na zdrowiu. Czy było to tego warte? Staramy się uciekać przed naszym cieniem, tą osobą, którą byliśmy w przeszłości, bodajże pięć minut temu. Ale cień jest nieodłączną częścią nas samych i jak przyspieszymy tempo w biegu naszego życia, to i nasz cień zacznie szybciej ruszać nogami. Jedynie możemy pokochać nasz cień (naszą przeszłość), przez pokochanie nas samych w dniu dzisiejszym. Bo jak w wyrazie miłości przytulamy siebie samych, to i nasz cień, który słońce za nami rzuca, będzie przytulony. Jak kroczymy tak w przyszłość, to i nasze przyszłe "ja" będzie zawsze przytulone.

Innym negatywnym aspektem uciekania jest, że wtedy nigdy nie spotkamy siebie samych, bo do tego to musielibyśmy się najpierw zatrzymać. Jak jesteśmy ciągle tylko w biegu, to jesteśmy ciągle tylko tą wersją, którą pokazujemy na zewnątrz, naszą maską, którą dla obcych zakładamy. Jedynie, żeby zdjąć tę maskę, to musimy się najpierw zatrzymać w cichym, przytulnym pokoju będąc sami lub tylko z najbliższymi nam osobami. Dopiero wtedy w bezpieczeństwie własnych czterech ścian jesteśmy w stanie popatrzyć, co się pod tą maską kryję. Musimy się zatrzymać i spojrzeć głębiej. Niektóre rzeczy nam wtedy bliscy mogą pokazać, a niektóre rzeczy tylko sam Bóg. Ale wymaga to naszego przyjścia, zatrzymania, odłożenia wszystkich — ach tak ważnych — spraw, i uważnego słuchania. Słuchania z otwartością i pokorą, bo mogą się ukazać rzeczy, które nam się nie spodobają. Zobaczymy części nas samych, które są jeszcze chore, zakątki, które są jeszcze nie posprzątane, rysy w naszym sercu, które się jeszcze nie do końca zrosły. Ale nie powinniśmy się tym za bardzo przejmować, bo mamy w niebie najlepszego lekarza, które nam chce pomóc te wszystkie miejsca uleczyć, posprzątać, żeby panował jego idealny — choć dla nas czasem niezrozumiały — porządek i swoją miłością uleczyć wszystkie rysy w naszym sercu, żeby dać nam serce nowe, które będzie w stanie kochać trochę bardziej tak jak On.

Jak się zatrzymamy, to razem z Bogiem jesteśmy w stanie popatrzyć w nasze wnętrze i zobaczyć różne warstwy, które z czasem nazbierały się dookoła naszego serca. Wtedy może się okazać, że jest tam twarda skorupa zaschniętego błota, otoczona wysokim murem z cegły i ostrym drutem kolczastym. Jedynie Bóg może nam pomóc przeciąć ten drut kolczasty, zburzyć mur, i przełamać skorupę błota. A za tą skorupą może się znajdować morze łez, które się przez wiele lat nazbierały. Może to oznaczać, że staniemy się bardziej wrażliwi, nie tylko bardziej emocjonalni, ale bardziej wrażliwi na drugiego człowieka. Tylko na tych warstwach się to jeszcze nie kończy, bo jak się przełamie te zewnętrzne warstwy, to znajdą się jeszcze różne warstwy wewnątrz naszego serca, które możemy jeszcze przełamać. Wchodzenie w głębie naszego serca jest jak otwieranie matrioszki, że im głębiej wchodzimy, tym więcej w siebie nawzajem włożonych serc otwieramy, aż dostaniemy się do naszego rdzenia, rdzenia naszego serca, rdzenia naszego całego bytu. Thomas Keating pisze, że podczas modlitwy głębi jak zagłębiamy się w samego siebie, to przechodzimy od zwykłego poziomu świadomości poprzez świadomość duchową i potem poprzez prawdziwe ja do naszego rdzenia, którym jest Boża obecność. Tak samo jest i z naszym sercami gdzie rdzeniem jest Boża obecność, która uczy nas miłości. Jest to jasne, ciepłe światło, które jest w samym środku matrioszki naszego serca, ale nawet jak my jeszcze nie otworzyliśmy wszystkie otaczające je miniserca, to parę promieni się przedostaje przez te różne warstwy i wychodzi na zewnątrz. Nie tylko daje Bóg, który jest w każdym z nas — nieważne czy jesteśmy człowiekiem wierzącym, czy nie — nam dużo światła, ale daje nam też dużo ciepła. Znamy to, jak dotkniemy żarówki, że szkło jest bardzo gorące i tak samo im bliżej się dostajemy do źródła tego światła w naszym sercu, tym cieplej nam się robi. Nie tylko nam samym się robi cieplej, ale i nasze całe serce staje się bardziej ... gorące. Chcemy więcej pomagać innym, dostrzegamy więcej piękna i dobra wokół nas, widzimy zawsze promienie światła nawet w najciemniejszej nocy. Ale na to światło nie możemy sobie zasłużyć, bo ono już jest w nas, w każdym z nas, tylko musimy się do niego przybliżyć i wejść w głębie, a potem to już ono nam pokaże gdzie mamy iść.

Wróć do wszystkich postów